I Zlot Turystyczny Polaków na Litwie 23-25 czerwca 1989r. Bałosza, rejon wilenskiTam grunta czerniejące świeżą skibą, tam pole okryte zbożem, przez które, literatnie mówiąc, ani się wąż nie przeciśnie; tam dolina wdzięczy się zieloną łąką, albo wioszczyzną czy dworkiem niespodzianie wychylającym się zza wzgórza" - tak jeżdżąc na "wycieczki po Litwie" Wilnu najbliższe "promienie" opisywał w minionym stuleciu Władysław Syrokomla. A już w następnych zdaniach utyskiwał: "O! czemże jest to pióro, niedołężne do oddania ludzkich myśli i uczuć narzędzie? jak może malować przyrodę, kiedy na tysiące jej wdzięków ma zaledwie kilka wyrazów, które ustawicznie powtarzać musi?(...). Pełna pierś wrażeń, pełna imaginacja obrazów; lecz gdy się przychodzi do ich sumiennego wyspowiadania na papier - jakże kopija niższa od pierwowzoru! jakżeś niedołężny, człowieku, ze swym piórem, choćbyś to pióro napawał we krwi własnej!"
Taka jest ta Wileńszczyzna! I niech dziś przemysłowy "makijaż" zmienił nieco jej sielskie-anielskie oblicze, czarować nie przestała i zawsze znaleźć tu można zakątek nieco jeszcze dziewiczy pod tak naszym wysokim głębokim obłoczystym niebem, na którym suną, przelewają się, piętrzą, kotłują chmury o niezliczonych kształtach i barwach - pątniczki wieczne. Jeśli miałbym podać adres takiego "zaścianka" przyrody, który się oparł dotąd szczęśliwie inwazji przemysłowo-cywilizacyjnej, wskazałbym bez wahania na jezioro Bałosza z pogranicza rejonów wileńskiego i szwencziońskiego. Jezioro, co tak gościnnie powitało na swych brzegach uczestników I Zlotu Turystycznego Polaków na Litwie.
Idea powyższej biało-czerwonej eskapady z plecakami i namiotami zrodziła się podczas Zimowych Igrzysk Polaków na Litwie w Wojdatach. Wtedy, co prawda, o mocno mglistych zarysach, w miarę upływu czasu przybierających jednak na ostrości. Przede wszystkim dzięki zabiegom kół Związku Polaków na Litwie z Sużan i Daniłowa, które to wzięły na swe bary gros ciężaru organizacyjnego. Wiosną zapadła decyzja, aby umiejscowić zlot właśnie nad jeziorem Bałosza w przestrzeni i wokół Nocy Świętojańskiej w czasie, a że okres "gdy słońce Raka zagrzewa, a słowik więcej nie śpiewa" zbliżał się milowym krokiem, czas przeto było skończyć krzątaninę przedzlotową i naszykowawszy turystyczny ekwipunek nad Bałoszę ruszyć, by zdążyć na uroczystość otwarcia wyznaczoną na 23 czerwca o godz. 18.30. I powiodły drogi, dróżki i stecki do turystycznego "Rzymu". Kogo na piechotę, kogo autostopem, a co możniejszych własnymi bądź wynajętymi na tę okazję samochodami. Ciągnęli uczestnicy, ciągnęli goście honorowi. Miasteczko namiotowe nad Bałoszą rosło jak grzyby po deszczu. I - wreszcie - wybija godzina poczęcia zlotu. Parada uczestników, którą poprzedza w imieniu organizatorów na bułanku wprzężonym w okazałą brykę Algis Baniewicz. Raport o gotowości uczestników do imprezy, po czym - przywitania przez poszczególne drużyny, które to specjalne jury obdziela punktami. Nie ma tak, że przyjechałem cichcem, jestem i cześć. Raportują o przybyciu Grodno i Bujwidze, Kabiszki i Koło 4 Muz, Niemieżyn i Płacieniszki, a na ręce prezesa Związku Polaków na Litwie Jana Sienkiewicza składane są "dary". Po meldunkach do mikrofonu kolejno podchodzą goście honorowi - prezes ZPL Jan Sienkiewicz, zastępca przewodniczącego Wileńskiego Rejonowego Komitetu Wykonawczego Stanisław Akanowicz, deputowany ludowy ZSRR dyrektor Wileńskiego Sowchozu-Technikum Anicet Brodawski, prezes Wileńskiego Rejonowego Oddziału ZPL Jan Mincewicz. Nie ukrywają radości, że podobna impreza staje się faktem dokonanym, pozdrawiają przybyłych. Szczególnie gorąco w imieniu gospodarzy czyni to sekretarz organizacji partyjnej sowchozu "Sużonys" Leon Stankiewicz. Czym turystyczna "chata" bogata, tym rada... Nastaje moment szczególnie wzniosły - chwila wciągnięcia flagi z wizerunkiem stylizowanej róży wiatrów pomiędzy gałązkami paproci, któremu towarzyszy wzruszająca melodia "Kwiatów polskich". Huczą brawa, "kurtyna" zlotu idzie w górę. Potem na muzycznej nucie do jego uczestników przemawia zespół folklorystyczny z Sużan. Jakież to od serca sercom śpiewanie ludzi, którym siwizna w niejednym wypadku wybieliła włosy! Słońce skrywało się z wolna za konary gonnych sosen, a program pierwszego dnia zlotu przewidywał jeszcze 3 konkursy: na najlepszą "zagrodę" namiotową, wiedzy o Wileńszczyźnie oraz twórczości artystycznej. Przedtem jednak miała być wieczerza pod otwartym niebem. Kto zdążył przybyć wcześniej, może zasiadać do niej, kto przyjechał później, pośpieszył porządki ostatnie wokół własnych namiotów poczynić, gdyż komisja miała niebawem wizytować "zagrody". "Idą, już Idą!" – poleciał szmerek i nuż się popisywać zagrody: która stylizowanym żurawiem przy studzience, która znów gniazdkiem z chrustu, która napisami z kamyków ułożonymi, która papierowym kwieciem po mchu rozsianym. Oczy komisji się rozbiegały od tych cudeniek, a bacząc, aby do wystrajania i umajania namiotowego miasteczka nie została użyta żywa flora i fauna, orzekła ona, że obejścia drużyn z Sużan i Białej Waki prezentują się najokazalej. Noc Świętojańska stąpała coraz pewniej brzegami Bałoszy. Rozpalono więc olbrzymie ognisko, a gdy snopy iskier buchnęły hen pod niebo, zaiskrzyła się też twórczość amatorska. Przez każdą z drużyn prezentowana, a przez jury, na którego czele znalazł się sam kierownik "Wileńszczyzny" Jan Mincewicz oceniana. Były wiersze, były piosenki, Anna Adamowicz w duecie z Michałem Treszczyńskim z Białej Waki pod akompaniament gitary z przejęciem wykonywali własny utwór zaczynający się od słów "W "Czerwonym Sztandarze" ogłoszenie - na zlot turystyczny zaproszenie". Kiedy popisywało się Koło 4 Muz, musiałem odłożyć na stronę pióro i notes i do "zbójnickiego" z Olkiem Żyndulem stanąć. Jak zagrała natomiast sużańska orkiestra rozrywkowa, widzowie nie wytrzymali i puścili się w tan totalny. Zrobiło to - widać -wrażenie na Mincewiczu i pozostałych członkach komisji, gdyż właśnie Sużanom wystawili maksymalną notę 10 pkt. Numery twórczości amatorskiej przeplatały pytania z konkursu wiedzy o Wileńszczyźnie – treści historycznej, geograficznej i różnej. Wypadło odpowiedzieć m.in., z jakimi rejonami i republiką graniczy rejon wileński, jaka wieś rejonu ma w nazwie cały kontynent, jaki to książę litewski został spalony na stosie zgodnie ze starym zwyczajem w Maisziagale. Słowem, błysnąć wiedzą o kraju rodzinnym. Aż 6 razy popisywał się trafną odpowiedzią Zygmunt Lachowicz z drużyny Niemieżyna. On też został zwycięzcą. Hej, sobótka, sobótka: dzień tak długi, noc - krótka, ale za to magiczna, bo z kwiatem paproci, skokami przez ognisko, puszczaniem wianków na wodę. Oto czemu nikt z uczestników zlotu nie myślał o spaniu w tańcu wirując i raz po raz spoglądając na zegarki, kiedy północ. A gdy ta wybiła, Bałosza zakwitła blaskiem świeczek, którymi to wianki przyozdobiono, pośpieszono pozdrowić Janów i Janiny. Sypały się życzenia pod adresem prezesa Związku Polaków na Litwie i Wileńskiego Rejonowego Oddziału ZPL, jako że i Sienkiewicz, i Mincewicz Janami się zwą. A potem dyskoteka złapała znów właściwy sobie rytm i obcasy w tańcu zdzierała do białego rana. Muzykom sużańskiego zespołu estradowego melodie szły spod palców i z gardeł jak z rogu obfitości, a nazajutrz żartem mi mówili pokazując połać stańcowanej do golizny łączki, że "za dwadzieścia piąta zagrali po raz ostatni - dla najbardziej wytrzymałej pary Czesława Monkiewicza i Grażyny Eidukonyte z Ejszyszek". Ranek przetarł oczy perlistą rosą i sypnął słońcem, Bałosza wyglądała jak w bajce. Po tanecznym maratonie miasteczko namiotowe mimo godziny pobudkowej spało tymczasem snem kamiennym. Szczególną ciszą zionęły posiadłości Koła 4 Muz. Próżno Olek Żyndul nakazywał swojej "pace" pozycję pionową przyjąć. Ta leżała pokotem, prostując nogi po szaleństwie dyskotekowym, w którym to sobie szczególnie intensywnie poczynała. Dopiero koło dziewiątej namioty ożyły, a nos zaczęły razić zapachy od szykowanych śniadań. Kalorie tego dnia potrzebne były szczególnie tym, co mieli uczestniczyć w zawodach na orientację, w podnoszeniu ciężaru i w "pompkach". Kandydatki na wieczorny konkurs na miss leż zdecydowały najeść się z rana na zapas, aby sutym obiadem figur sobie nie zepsuć. O godz. 11.30 start drużyny z Sużan zapoczątkował próbę sił na orientację. Z mapką i kompasem wypadło odszukać ukrytych w gęstwinie leśnej pięciu sędziów i zebrać ich podpisy. Kto potrafił to zrobić najszybciej, wygrywał. Sędzia główny tych zawodów Bogdan Leszczyński żartował, że kwartetowi z Sużan na nic kompas i mapka, gdyż jako gospodarze znają tu każdy kąt i nawet z wykłutymi oczyma mogą te punkty odnaleźć. I - rzeczywiście - Jarosław Podlipski, Henryk Juchniewicz, Danguole Mackonyte i Ryta Tomaszewska potrzebowali tylko 11 minut, aby dopiąć swego. Dwa dalsze miejsca zajęły kwartety z Niemieżyna i Maisziagały. Po obiedzie zawody w przeciąganiu liny mężczyzn i próba sił w "pompkach" dla kobiet miały wskazać na najbardziej krzepkich w gronie uczestników I zlotu turystycznego. W pierwszej konkurencji sużańscy osiłkowie Janusz Juchniewicz, Stefan Mieżaniec, Wilhelm Lapunas i Kestas Petrenas byli poza wszelką konkurencją. Nawet zbytnio nie sapali, nie nadymali mięśni i nie pocili się. Robili to rywale. Też, co prawda, krótko. W wielkim finale Edmund Bogdanowicz, Jan Małachowicz, Czesław Terelis i Waldemar Mincewicz z Bujwidz stawiali czoła ledwie przez niewiele ponad 5 sekund. Znacznie bardziej wyrównany był pojedynek o 3 miejsce pomiędzy Niemieżynem a Kabiszkami. Pierwsi skapitulowali dopiero po półtorej minuty mocowania się. Do "pompek" zgłosiło się 19 zawodniczek. Kiedy Janina Tomaszewska z Sużan wsparta rękoma o ławkę, a palcami stóp o ziemię zgięła i rozprostowała ramiona 52 razy, utonęła w ramionach koleżanek i odbierała gratulacje za końcowy sukces. Jak się okazało za wcześnie. Bo oto wystartowała Violetta Pietrulewicz z Niemieżyna... 53... 54... 55... pod głośne liczenie widzów Wioleta "odpompowała" własne ciało 58 razy, co dało jej pierwsze miejsce i 9 punktów do skarbonki drużyny. Na trzeciej pozycji uplasowała się mała wzrostem, ale za to wielka duchem uczennica Płacieniskiej Szkoły Dziewięcioletniej Bożena Błażewicz. Drugi wieczór zlotu wróżył emocje nie lada: przybycie Neptuna i wybory miss. Przedtem jednak przybył nad Bałoszę aż z Kaunasu tamtejszy zespół folklorystyczny "Inkaras", aby zaprezentować zebranym sobótkę. Było na co popatrzeć i czego posłuchać! Oj, było! Klaskania w dowód podzięki też było co niemiara, a zespolacy zostali nagrodzeni dyplomem honorowym i okazyjnymi proporczykami. Na rozpisanej wcześniej liście konkursu na miss znalazło się 10 kandydatek: Irena Pietrulewicz i Genowefa Bujko z Kabiszek, Wioleta Pietrulewlcz z Niemieżyna, Leonarda Klukowska z Białej Waki, Wala Nowikowa z Bujwidz, Beata Kisiel z Magun, Leokadia Komaiszko z Koła 4 Muz, Aleksandra Butkiewicz z Płacieniszek, Anżeła Michmiel z Maisziogały i Janina Szpakówna z Sużan. Co nie nazwisko - to wdzięk i gracja. Nawet komisja wytrawnych ekspertów w składzie Ryszarda Maciejkiańca, Józefa Szostakowskiego, Michała Treszczyńskiego, gościa zlotu ze Lwowa Mariana Baranowskiego tudzież Neptuna, który przybył ze swą świtą z głębin Bałoszy, poczuła się przez moment zagubiona. Ale tylko przez moment. Bo zaraz w ruch poszła miara i wagi. Pierwszą z wprawą rasowego krawca posługiwał się Józek, trzy słynne wymiary damskie na poczekaniu zdejmując. Neptun nakazał tymczasem swojej świcie dziewczyny na ręku sadzać i ważyć (tak ponoć określany jest ciężar właściwy rusałek). A potem kandydatki na miss wzięte zostały w obroty szczególne: kręciły obręczą na kibici, dzierżyły egzamin na skakance, wirowały w tangu - przytulangu z Neptunem, prawiły mu komplementy, demonstrowały stroje wieczorowe, w których to popisywały się własną twórczością amatorską, obierały kartofle, odpowiadały na podchwytliwe pytania. Słowem, perziemskie aspera szły do missowych astra. Wreszcie komisja starłszy pot z czoła i zasięgnąwszy konsultacji u przybyłej ze Lwowa miss I Zimowych Igrzysk Polaków na Litwie Teresy Sydor ogłasza wszem i wobec: miss zlotu turystycznego zostaje Leonarda Klukowska, a wicemiss - Genowefa Bujko. Publiczność oddaje swe względy natomiast dla Anżeły Michmiel, czy raczej Andrzejowi Michmielowi, który przebrawszy się w kobiece szaty setnie wszystkich bawił. Klukowska, Bujko i Michmiel dostały w nagrodę piękne podarunki, przepasane zostały wstęgami ze stosownymi napisami i wybrały się w podróże - pierwsza w morską z Neptunem po Bałoszy, a drugie dwie - w lądową - bryczką wprzężoną w kilka "gniadoszy" ze płci brzydkiej. Tak się zakończył konkurs, który mógł nawet mruka rozweselić, ale nie drugi dzień zlotu, bo dyskoteka trwała do białego rana. … Ech ta nieubłagana pobudka. Kilka przysiadów, skłonów, a potem biegiem do jeziora po poranną cudo-kąpiel. Program niedzieli przewiduje dwie ostatnie konkurencje - z początku podnoszenie ciężaru, a potem pokonywanie turystycznego toru przeszkód. Znaki na niebie i ziemi wskazywały, iż faworytem na pomoście będą gospodarze po miażdżącej przewadze w przeciąganiu liny. I rzeczywiście, zaczęli mocnym uderzeniem: Iwan Szpakow dźwiga jedną ręką 24-kilogramowy ciężar 26 razy, Janusz Juchniewicz -30, a Kestas Petrenas -33 razy. Kto więcej? Bujwidze więcej: Czesław Terelis podnosi ciężar 35 razy, a Edward Bogdanowicz - 36. Potem jeszcze Herkules z koła 4 Muz Longin Rynkiewicz przy aplauzie "swoich" dźwiga 47-krotnie żelastwo nad głową. Kiedy do podnoszenia przystąpił Władysław Rusiecki z Niemieżyna, nie towarzyszyły mu początkowo "ochy" - i "achy" podziwu. Ile ten cherlak może dźwignąć - pytał w duchu z pewnością z politowaniem niejeden z widzów. Władek tymczasem bawił się dosłownie z ciężarem. Wycisnął go 50 razy, a zmęczony nie był prawie. Widownia trzeszczała w szwach od braw, gdy dźwignąwszy po raz 80 zakończył próbę i odsapnąwszy zwierzył się, że to wcale nie kres jego ciężarowych możliwości. Turystyczny tor przeszkód zawsze trąci dreszczykiem emocji. Na zlocie ta konkurencja została pomyślana na domiar w ten sposób, że wszystkie przeszkody znalazły się w polu widzenia widzów. Każdy startujący kwartet miał kolejno rozbić namiot, pokonać teren z "kępkami" rozpiłować kłodę, przebiec po belce nie tracąc równowagi, pokonać wpław i łodzią wyznaczone dystanse. I wreszcie roznieciwszy ognisko z naszykowanego do plecaku chrustu przepalić nitkę. Za wadliwe rozstawienie namiotu - minus w sekundach, za każdą zużytą zapałkę przy rozpalaniu ogniska - po 30 sekund kary. Spiesz się zatem powoli! - chciało się życzyć wszystkim. Tylko nie wszyscy by to usłyszeli w ferworze walki. Team z Białej Waki przeżywa wielki dramat: pokonuje dystans w niewiarygodnym czasie, ale że dopiero przy pomocy 4 zapałki roznieca ognisko, musi się zadowolić ostatecznie dopiero 10 miejscem. Na trzech pierwszych sklasyfikowano natomiast kwartety z Bujwidz, Płacieniszek oraz Niemieżyna. Po obiedzie - rozległa ceremonia honorowania zwycięzców. Nagrodami przedmiotowymi, specjalnie przygotowanymi medalami, dyplomami i proporczykami. W świat idzie wiadomość, że w rywalizacji 11 drużyn na trzech pierwszych miejscach uplasowały się Niemieżyn, Sużany i Bujwidze, które zgromadziły odpowiednio 82, 74 i 68 pkt... Gaśnie ognisko, z masztu spływa flaga i trafia na przechowanie do Janusza Kołaczyńskiego - prezesa Szalczyninkajskiego Rejonowego Oddziału ZPL, jako że na gospodarzy II zlotu turystycznego w roku przyszłym bardzo chętnie przystali ejszyszczanie. I Zlot Turystyczny Polaków na Litwie przeszedł do historii. Stał się on możliwy dzięki takim fanatykom turystyki i polskości jak Algis Baniewicz, Iwan Szpakow, Stanisław Adomaitis, Leon Stankiewicz. Stokrotne dzięki wam, gospodarze! W galerii ludzi zasłużonych dla sprawnego przebiegu zlotu w pierwszym szeregu wypada ustawić Aleksandra Żyndula - plastyka, autora emblematu zlotu, proporczyka i medali tudzież Neptuna w jednej osobie, Stefana Kimsę, który tak logicznie wykończył Olkowe projekty pod postacią dyplomów i proporczyków, Annę Mikielewicz - niezmordowaną konferansjerkę, Józefa Rusakiewicza - sędziego głównego zawodów, zespół "Inkaras", sużański zespół folklorystyczny i chłopców z miejscowego zespołu estradowego, którzy grać i śpiewać naprawdę się nie lenili, ludzi od medycyny, straży pożarnej, wszystkich, kto zatroszczył się o wodę do picia, zorganizowanie bufetu. Dzięki Wam! Gdybym chciał dopisać do powyższej relacji dziennikarskie postscriptum, poświęciłbym je wspaniałej atmosferze, jaka towarzyszyła zlotowi, a którą m.in. wytworzyła najbardziej z pewnością ekskluzywna drużyna Koła 4 Muz. Pióro w tym miejscu mi lata szczególnie, albowiem w jej składzie znalazły się redakcyjne koleżanki Ola Akińczo, Lucyna Dowdo, Iwona Aleksandrowicz i Leokadia Komaiszko. Nigdy nie przypuszczałem, że są urodzonymi turystkami z różami wiatru w sercach. I jeszcze o jednej drużynie. Najmłodszej - z Płacieniskiej Szkoły Dziewięcioletniej. Szef ekipy nauczyciel Franek Ilcewicz twierdził, że dzieciaki przyjechały na zlot, aby pobyć wśród "swoich". Decyzję o starcie w konkursach i zawodach podjęli tylko nad Bałoszą. A jak walczyli! Oto z kogo trzeba brać przykład dorosłym kołom ZPL, które niezbyt licznie stawiły się na starcie. Szczególnie dotyczy to stolicy. Gdyby nie Koło 4 Muz, ta w ogóle nie byłaby reprezentowana. Czyżby brak tam młodzieży rozkochanej w turystyce? Wielka też szkoda, że zaproszenia nie znalazły odzewu w Rydze, Daugawpiłsie, Lidzie. Grodno oddelegowało 6 osób, Lwów - dwie. Skromniutko. Pamiętajcie więc rodacy spoza Litwy, że nadajecie naszym imprezom treści i koloryt szczególny, stąd zawsze otworzymy przed wami serca na ścieżaj. Co pozostało po I Zlocie Turystycznym Polaków na Litwie? Wspaniałe przeżycia. Nowe znajomości. Turystyczny bakcyl wsiany w nasze szeregi. I.., niedokończona piosenka o następującej treści: Miedniki, Maisziagała i Sużany – Niewiele map z pewnością o nich wie, A nam ten pejzaż ma być dobrze znany, Bo się ojczyzną od pradziada zwie. Więc pakuj namiot, słońce w plecak bierz I Wileńszczyznę zwiedzaj wzdłuż i wszerz Cmentarz w Bujwidzach niech ci prawdę powie. Kto żyjąc tu nie ladal ducha harf W ofierze złożył, abyś w polskiej mowie, Był na tej ziemi wciąż cokolwiek wart. Więc pakuj namiot, słońce w plecak bierz Wileńszczyznę zwiedzaj wzdłuż i wszerz. Henryk Mażul kor. "Czerwonego Sztandaru" Mażul H. I Wileńszczyznę zwiedzaj wzdłuż i wszerz // Czerwony Sztandar 1989 r. Nr. str.
|